Kiedy jesienne wiatry zaczynają szeleṥcić liśćmi, a dni stają się krótsze od nocy, nad Litwą rozpościera się szczególne światło – morze płonących świec na cmentarzach. To czas, gdy zatrzymuje się codzienny pośpiech, a myśli i serca powracają do tych, którzy odeszli. Okres Wszystkich Świętych i Zaduszek to symbol pamięci naszego narodu oraz duchowej więzi z przeszłością.
Dziś, gdy na cmentarze docieramy samochodami i zapalamy znicze zapalniczką, warto przypomnieć sobie, jak te święta przeżywali nasi rodzice i dziadkowie – w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
W pamięci wciąż żyje piękno prostoty. Kościół Świętej Trójcy w Wędziagole od wczesnego rana wypełniał się wiernymi.

Jedni przyjeżdżali autobusami z miasta, inni wozami zaprzężonymi w konie lub przyszli pieszo. Samochody były wówczas rzadkością. Jednak nie sposób mierzyć tamtych dni tym, czym ludzie podróżowali – lecz tym, z jakim nastawieniem i wiarą przychodzili.
Na cmentarnym placu zapalano proste, tradycyjne świece na grobach bliskich. Wiatr często je gasił, dlatego trzeba było wykazać się pomysłowością – z papieru lub kartonu robiono małe osłony, by płomień nie zgasł. Może właśnie ten wysiłek, by ocalić światło, był symbolem pragnienia zachowania więzi z tymi, którzy już odeszli.
Modlitwa i pokuta – serce święta. W pogodne dni wokół kościoła można było zobaczyć ludzi z różańcami w dłoniach, idących na kolanach – był to ich drogą pokuty i żalu. W przedsionku świątyni witała przybyłych grupa żebraków – dobrze znanych parafianom. Nazywano ich po imieniu: Staś Sawaczański, Olesia, Aleksander, Stanislava, Antosia i inni.
Ludzie przynosili im małe podpłomyki, dawali drobne monety lub kawałek słoniny. W zamian żebracy modlili się po polsku za zmarłych darczyńców. W tamtych czasach mieli oni szczególne miejsce w społeczności – wierzono, że Bóg szybciej wysłuchuje ich modlitw. Byli jak pomost łączący świat żywych i umarłych.
Modlitwy, pieśni i spotkania w świetle. W kościele Świętej Trójcy przez cały dzień rozbrzmiewały modlitwy po litewsku i po polsku. Ludzie ustawiali się w długiej kolejce, by na kolanach obejść główny ołtarz, w którym od wieków czczono cudownego Ukrzyżowanego.
Po wieczornej Mszy świętej cmentarz rozświetlał się setkami płonących świec. Ciemność przenikały ciche głosy i spokojne rozmowy. Ludzie spotykali się, rozmawiali z sąsiadami, wspominali bliskich. Rodzice opowiadali dzieciom tajemnicze historie o zmarłych, którzy przychodzili we snach lub nocami słychać było ich kroki. Dla najmłodszych były to opowieści zarazem pełne grozy i magii – jak dotknięcie tajemnicy, której istotą jest miłość i szacunek do życia.
Ogień rytuału i droga ofiary. W Dzień Zaduszny, w odległym zakątku cmentarza, spalano stare, spróchniałe lub zniszczone drewniane krzyże – jakby żegnano minione lata i ciężkie ludzkie losy, odchodzące w wieczność.
Ci, którzy do Wędziagoły przybywali z daleka, nie śpieszyli się do domu. Jeszcze długo pozostawali w kościele, modlili się, śpiewali pieśni, rozmawiali. Niektórzy, spóźniwszy się na autobus, zostawali na noc u mieszkańców miasteczka.
Droga powrotna – często pieszo, przez ciemny las zwany Puszcza – była postrzegana jako forma pokuty, ofiary za dusze zmarłych. Taka była siła wiary i prostota życia, w której kryło się niezwykłe bogactwo duchowe.

Żywi i zmarli – jedna pamięć. Minęło ponad pół wieku, lecz duch tamtych dni wciąż jest żywy. Przypomina, że uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny to nie tylko tradycja czy religijny zwyczaj. To oddech serca naszego narodu, nasza więź z przodkami, z wiecznością, z samymi sobą.
Kiedy w tym roku zapalimy świecę na grobie bliskich, warto zatrzymać się na chwilę i pomyśleć – może ten płomień jest nie tylko światłem dla zmarłych, lecz także mostem, który łączy nas wszystkich – żywych i tych, którzy odeszli – w jednej, niekończącej się poświacie pamięci.
Ryszard Jankowski

FaLang translation system by Faboba